czwartek, 12 marca 2015

życie po 30-tce


Tak wiec od czterech, no prawie 5 dni jestem posiadaczka 30-stki na karku. Zmieniło sie tyle,że zamiast wpisywac 2 z przodu musze wpisac 3 ale ma to też swoje dobre strony znowu na drugim miejscu stoi 0 to prawie tak jak 20 :D
Nie przekonują mnie teksty, że życie zaczyna się po 30-stce, bo się nie zaczyna, ono się po prostu zmienia. Nie przekonują mnie teksty, że po 30 dopiero człowiek zaczyna korzystać z życia, jest dojrzały, więc podejmuje rozsądne decyzje, jest ustawiony finansowo, więc może wreszcie sobie pozwolić na wyjście do klubu, bez uprzedniej zaprawy w domu. Nie przekonują mnie także teksty, że po 30 to dopiero jest seks, bo człowiek osiąga pełną dojrzałość seksualną, a kobieta w tym wieku osiąga ponoć szczyt formy.
Jestem po trzydziestce i choć nadal wydaje mi się, że mam 27 lat, to zmieniło się we mnie sporo. Nie chodzi mi już o te zmarszczki, które niestety się pojawiają, albo cerę, która po nieprzespanej nocy nie odzyskuje tak szybko świeżości . No dobra o to też, trochę.  Ale chodzi mi głównie o to, że po trzydziestce zmienia się pryzmat, przez który człowiek patrzy na świat. Już nie taki naiwny, kolorowy, szaleńczy, ale bardziej wyważony, stonowany, spokojny.




Już nie jest ważne, czy w weekend będę ostatnią sierotą, która spędzi go w domu, z rodzicami,  tylko zamiast rodziców, jest własna rodzina.Śmiało mogę potwierdzić, że moje potrzeby weekendowe śmiało zaspokoić może moj kochany mąż i córcia. Już nie muszę iść do klubu by zamówić rządek niebieskiego kamikadze i wypić jeden po drugim, by dopiero ruszyć na parkiet wyginając się jak łania na wybiegu. Zupełnie mnie to nie bawi, muzyka zbyt głośna, miejsc siedzących brak, a dookoła nie Ci ludzie. Zbyt młodzi, zbyt hałaśliwi, zbyt wystrojeni. Oni zupełnie do mnie nie pasują, albo odwrotnie, to ja już z nich wyrosłam.

Nie mam potrzeby eksponowania ciała, które kiedyś lubiłam odsłaniać, wręcz przeciwnie, czuję się ,,OK" gdy to, co trzeba jest zasłonięte. W pewnym momencie zrobiło się jakoś głupio chodzić tak wypindrzona. Zupełnie zapomniałam już co to koronki, stringi i gorsety. Wygoda, liczy się przede wszystkim, a potem klasyka.

Po trzydziestce nareszcie słucham siebie, odpuszczam rywalizację, którą kiedyś żyłam, nie biegnę nigdzie i się specjalnie nie śpieszę, mogę poczekać i łatwiej mi ustąpić. Pozwalam sobie odpuścić i przyznać się do przegranej, której kiedyś nie potrafiłam zaakceptować. Nie robię nic wbrew sobie, nie zmuszam się, nie staram się przypodobać wszystkim naokoło, nie równam do grupy, a co najważniejsze umiem nie umieć.





10 powodów, dla których dobrze jest mieć 30 lat
  1. Zaczynasz się sobie podobać. Nie martwisz się, że nie jesteś piękna jak Monica Belucci i zgrabna jak Kate Moss.
  2. Nie wierzysz już, że gdy zgubisz pięć kilogramów, twoje życie będzie wyglądało inaczej.
  3. Na pytanie kelnera: "smakowało?" umiesz odpowiedzieć zupełnie szczerze: "nie!"
  4. Kiedy po wspólnie spędzonej nocy facet rzuca: "zadzwonię", nie traktujesz tego serio.
  5. W supermarkecie przy kasie już nie chowasz nerwowo pudełka prezerwatyw pod proszkiem do prania i paczką chusteczek.
  6. Idąc do łóżka z przystojnym facetem, o którym marzyłaś od wielu miesięcy, nie wciągasz brzucha i nie zastanawiasz się cały czas, czy na pewno dobrze wyglądasz.
  7. Gorącego SMS-a od nowego narzeczonego nie przesyłasz wszystkim swoim koleżankom. I nie uzgadniasz z nimi swojej odpowiedzi.
  8. Akceptujesz już tradycję niedzielnych obiadów u rodziców. Potrafisz, nie nudząc się, dyskutować z ojcem o ostatnich idiotycznych posunięciach rządu, a z mamą o rewelacyjnym przepisie na ciasto.
  9. Przyswoiłaś sobie wiele obcojęzycznych nazw. Wiesz, co to znaczy "al dente", bezbłędnie wymawiasz: café au lait, anchois, tzatziki.
  10. Potrafisz odróżnić prawdziwą przyjaźń od miłej znajomości. I cieszysz się jednym i drugim.
Znaleziono w necie

czwartek, 5 marca 2015

czy jestem dobrą mamą?


Namiętnie szukam w necie przepis na jakieś dobre ciacho i trafiam na nagłówek ,,Jak zostać super MAMĄ", „Pomóż sobie – stań się perfekcyjną mamą”, „Super mama w 3 krokach” (dla mnie to chyba ze 300 potrzebne i też jeszcze mogłoby być za mało), co u licha pośród przepisów na ciasta robi poradnik dla rodziców?  Hmm... a może by tak zostać super mamą? Zamienić moją codzienność, normalność, na taki świat z poradników. Czy inne mamy właśnie takie są? Moje koleżanki są całkiem zwyczajnymi mamami – nie zauważyłam u nich nic nadzwyczajnego. Czasy się jednak zmieniają, wzrastają oczekiwania nie tylko względem dzieci, ale także i matek, więc może warto by było przeczytac choć jeden taki poradnik. Moje dziecko z pewnością też by wolało taką niezwykłą mamę od tej codziennej. Poczułam, że coś muszę zmienić – dla córki, dla siebie.
Z zamyślenia wyrwał mnie mokry nos psa który zaczepiał pod stołem moją nogę...no tak...miałam szukać przepis na ciasto...Postanawiam zaraz stać się super,  supermamy na pewno pieką superciasta. Nie jakieś tam murzynki, czy szarlotki. wstukuję więc w wyszykiwarce internetowej superzdroweciasto...szukam...i szukam...jest...no w końcu znalazłam...WEGAŃSKIE CIASTO Z BURAKÓW...biorę się do pracy.



,,zmiksować buraki, dodać mąkę, i siemie lniane..."

- Mamo, możemy wyjąć plastelinę? – pyta Wiktoria, która ma dzisiaj gościa, swoją kuzynkę. 

- No pewnie, że możecie – odpowiadam myśląc sobie, że tak właśnie by zrobiła super mama. 
- Mamo, a ulepisz coś z nami? – pytaja dalej. 
- Nie mog… – ugryzłam się w język, bo przecież super mama z pewnością może wszystko.

Więc postanawiam jednocześnie piec ciasto i lepić z plasteliny… Mamo śmierdzi! Hugo zrobił kupę!… posprzątać kupę, no i oczywiście dobrze wyglądać i uśmiechać się przy tym i nie nakrzyczeć na psa przy tym bo przecież przez tą całą moją afirmację zdrowym ciastem zapomniałam wyprowadzic go na dwór. Brzmi groźnie, ale nie może być to aż takie trudne. Jakoś inne mamy dają sobie z tym radę, to i ja dam.

- Ja chcę różową. Oddaj mi różową. Mamo, ona zabrała całą różową plastelinę! – woła Wiktoria.
- Nie oddam. Jest moja.Ja ją pierwsza wzięłąm i jest mi cała potrzebna – krzyczy kuzynka.

Tak więc dorzucę jeszcze rozwiązanie kłótni między dziewczynami i zaraz sobie ze wszystkim poradzę. Tylko jak? Nie wiem od czego zacząć, ale nie poddam się. Nie na starcie. Muszę tylko szybko przygotować plan…

Rozwiązać kłótnię o plasteline (na przyszłość kupić wszystkie plasteliny podwójnie, żeby zapobiec takim awanturom).
Sprzątnąć kupę (koniecznie muszę nauczyć Huga, że podkład w kuwecie służy do czegoś więcej niż noszenie go w zębach).
Przygotować ciasto (łatwiej by było wyciągnąć jakieś ciastka z szafki, ale tak z pewnością nie robią supermamy).
Jak ciasto będzie już piec się w piekarniku, będę mogła ulepić coś z plasteliny z dziewczynami.
Jeszcze tylko uśmiech filmowy nr 5 i do dzieła!




Kiedy ma się już plan, wszystko zaczyna wydawać się łatwiejsze. Niestety – tylko wydawać się…  Kłótnia o plastelinę zakończyła się obrażeniem obu stron (chyba powinnam się zapisać na jakiś kurs negocjacji). Wiki już nie chce malować. Chce piec ze mną. Kuzynka pozostaje przy plastelinie, dumna, że ma ją tylko dla siebie. Wiem już, że czas przygotowania ciasta przy pomocy Wiki wydłuży się co najmniej dwukrotnie.

pieczenie pochłania całą moją uwagę. Musi się udać! Kolor ciasta jest trochę inny niż na zdjęciu w przepisie, ale postanawiam się tym nie martwić.





Tracę rachubę czasu, nagle ze skupienia wyrywa mnie głos...

- a co tu się dzieje, po domu biegają czerwone ufoludki...
- jakie ufoludki, o czym ty mów....nie zdążyłam dokończyć wychodząc z kuchni do pokoju

Wiktoria trze buraki na tarce, a kuzynka sprawdza konsystencje tych juz startych, Hugo nie wiadomo czemu biega po calym mieszkaniu z calym czerwonym ogonem zostawiając do tego za sobą czerwone ślady...

...no tak...,taka byłam zaaferowana przygotowaniem polewy i masy że nie zauważylam jak dziewczyny wymalowały sobie cale buzie, ręce i przy okazji włosy burakami, które zostawiłam na stole, malujac też przy tym Huga coby sprawdzić jakie ślady robią zwierzeta, 
Czuję się potwornie głupio. Miało być super, a wyszło – jak zawsze...
Ten okropny bałagan! Mąż pewnie zaraz zacznie wściekać się o brudne ściany, bo przecież ścianom też dostały się czerwone wzorki. I będzie miał rację. Nie da się stać super mamą w jeden dzień. Ludzie piszą o tym grube poradniki, a ja naiwna myślałam, że mi się uda tak od razu, od zaraz. Jest mi potwornie przykro, bo rozczarowałam samą siebie, zawiodłam córkę. Chciałam, żeby miała fajną mamę, a nie taką zwykłą…
Ja tylko chciałam być idealną mamą – wyszeptałam pod nosem. Teraz pewnie zaczną się wymówki że dzieci nie umiem upilnować itp. Czekam w milczeniu…




- Nieźle się tu bawiłyście – nagle docierają do mnie słowa męża.
I wtedy spoglądam na dziewczyny. Są zadowolone, rozbawione. Wiki śmieje się w głos wraz z tatą, Kuzynka uśmiechnięta od ucha do ucha, a ja stoję i nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. One chyba rzeczywiście się przy tym dobrze bawiły.
- Idź wykąpać dzieci, a ja tu posprzątam i zjemy to, co tak pięknie pachnie – oznajmia siła spokoju – mój mąż. Nie doceniłam go. Żadnych kłótni, żadnych awantur. Chyba widział moje zdenerwowanie. On jedyny wie, jak można mnie szybko uspokoić.

Rozglądam się jeszcze raz po kuchni (wygląda jakby przeszło przez nią tornado) i idę przygotować kąpiel dla dziewczyn.

Wchodzą do wanny pełnej wody i piany a ja patrzę, z jaką radością dziewczynki bawią się pianą i zabawkami do kąpieli. Myśli same zaczynają odpływać.




Posiadanie dziecka to niesamowite wyzwanie. Wszystko przewraca się do góry nogami. Zmienia się nasz system wartości. Tak bardzo chciałam sprawdzić się w roli SUPERMAMY, że na chwilę zapomniałam, o co tak na prawdę chodzi. A przecież najważniejsza jest radość dzieci. Powinnam być taką mamą, jaką najlepiej potrafię. Następnym razem upiekę zwykle ciasto z ewntualnie zdrowszymi zamiennikami a nie jakieś „nie wiadomo co”! Zwykła mama też może być fajna.

I kiedy tak trwałam w zadumie i swych rodzicielskich wywodach usłyszałam słowa brudnej, rozbawionej Wiki. Słowa, które zapadły mi w sercu – i pamięci: „Mamo, ty to jesteś super!”  

Dzięki nim moja córka przypomniała mi, co w byciu mamą jest najważniejsze. To czy jestem zwykłą mamą czy też supermamą – dla mojego dziecka nie ma najmniejszego znaczenia. Najważniejsza jest miłość, którą jej daję. Miłość, która sprawia, ze każda zwykła mama staje się tą super.